niedziela, 29 października 2017

UYUNI. DLACZEGO WARTO JE ODWIEDZIĆ?


Po przerwie wracam do relacji mojej ostatniej podróży. Dzisiaj skoncentruję się na Uyuni, niewielkiej mieścinie. Dlaczego warto je odwiedzić? Przypatrzmy się mu bliżej.

Uyuni znajduje się na południowym zachodzie kraju. Stanowi bazę wypadową na niezwykłe solnisko, któremu poświecę oddzielny post.




Obserwując miasteczko łatwo zauważyć niedokończone budowy, wskazujące na rozwój miasta. Ulice prawie, że opustoszałe. Widać tylko pojedynczych mieszkańców. Od razu rzucają się w oczy cholity, tradycyjnie ubrane kobiety. Mówiłam o nich w pierwszym poście o Boliwii.


Jeżeli były dość oddalone swobodnie mogłam niektórym zrobić zdjęcie, z bliska to już nie takie proste.

Jest weekend i życie kumuluje się tutaj wokół targu ustawionego na środku ulicy. Przypomina bardzo te nasze polskie targowiska. Przewijają się tutaj przedmioty codziennego użytku, rzeczy, zioła. Gdy próbuję zrobić zdjęcia, jedna sprzedawczyni mnie wyzywa myśląc, że to jej chciałam zrobić zdjęcie. Nic bardziej mylnego, chodziło mi o jej asortyment.



Owszem zdjęcia ludziom robiłam, ale in cognito. Szłam, a obiektyw lekko unosiłam i naciskałam migawkę. Całkiem fajny sposób. Mówię wam.


Podobnie jak w Chile i tutaj szwendały się bezdomne pieski. Aż oko się kraje. Gdybym mogła wzięłabym je wszystkie ze sobą.


ZAKUPY

 


Postanawiamy zrobić zakupy pamiątek, zwłaszcza, że Boliwia to kraj bardzo tani. Nie zapominamy również o handlowaniu.

Na samym targu nie oferują zbytnio takich drobiazgów. Udało mi się zakupić jedynie czapkę z alpaki (za 20boliviano), dla siostrzenicy. Reszty szukamy już w zwykłych sklepach nieopodal targu. Jedne oferują produkty w określonych cenach, co mnie dziwi. Rzecz jasna dużo wyższych niż są warte.

Kawałek dalej natrafiamy na sklep (schodkami w dół), gdzie sprzedawca jest bardziej skory na handlowanie i w dodatku strasznie miły. Kupuję u niego włochate lamy do postawienia (za 50 bol.). Pomimo, że dzieckiem już nie jestem, to jedną kupuję też dla siebie. Teraz stoi i towarzyszy mi na biurku.

W sklepach nie zabrakło też wszędobylskich magnesów i pocztówek. Mamy też sporo swetrów, kosmetyczek czy breloczków z bryłą solną i napisem Dakar.

W końcu tędy przebiegała trasa wyścigu Dakar. Jeśli chcecie coś kupić właśnie związanego z Dakarem, to w Uyuni. Nigdzie indziej tego potem nie znajdziecie.


Zakupuję w jednym ze sklepów sweter z futra alpaki mix za 100-120 boliviano.Gdybym chciała kupić sweter ze 100% futra lamy (żadna lama nie ucierpiała, to takie nasze owieczki), kosztowałoby mnie to około 600 boliviano. Jest to jeden z cieplejszych swetrów, jaki kiedykolwiek miałam. Polecam.

Przemierzając tak ulice, natrafiamy na kościółek i wieżę zegarową i całkiem ładne budynki. Natomiast w jednej z bocznych uliczek mamy kilka kawiarni. Tam też postanawiamy złapać oddech i czegoś się napić.



Siedząc tak, widzimy jak obok naszego stoliczka idzie sobie kudłaty piesek. Patrzy tymi swoimi oczkami na nas. Z miejsca idziemy po wodę i jakieś ciasteczka. Biedaczek zajadał, że aż uszy mu się trzęsły. Słodziak.


Wracamy do hotelu na tyłach miasta. Jest to jeden z lepszych z Uyuni. Pokoje bardzo przyjemne, niczego im nie brakuje. Co nas śmieszyło to sposób suszenia pościeli. Otóż tam, gdzie serwowano śniadanie wokół nas, prawie nad naszymi głowami wisiały wyprane pościele. Pierwszy raz się z czymś takim spotkałam. Dość osobliwy widoczek.


Jeśli chodzi o śniadania, bo obiadów tam nie jedliśmy były raczej skromne. Jeśli zaśpisz to cóż za wiele Ci nie zostanie. Chleb tostowy, dżemik i jakiś żółty ser. Do tego wszędzie oferowana herbata z koki. Niczego więcej raczej nie uświadczysz.

Hotel miał bodajże 3 gwiazdki, ale zastrzelcie mnie, bo nie pamiętam, jego nazwy. To ten żółty w tle na zdjęciu, nad tym zdjęciem z pościelą.

CMENTARZ LOKOMOTYW

 


Niedaleko miasta oprócz solniska można zobaczyć Cmentarz Lokomotyw. Dla jednych rupieciarnia, ale w połączeniu z okolicą prezentowało się to nawet ciekawie.


Skąd się tam w ogóle wzięło to cmentarzysko?

Tak się składa, że w XIX wieku tworzono tam sieć kolejową. Pociągami mieli przewozić materiały wydobywane z Andów, aż nad Ocean Spokojny. Wtedy Boliwia miała dostęp do oceanu. Jednakże, kiedy ten dostęp utraciła, kolej na tej trasie przestała być potrzebna. Lokomotywy zardzewiały, a tory kolejowe nie są już użytkowane. Nikt tym miejscem się nie interesuje, przynajmniej na razie. Przez to stał się poniekąd atrakcją tej niewielkiej miejscowości.



Spędziliśmy ten dzień bardzo miło. Trochę odpoczęliśmy po intensywnej drodze przez laguny. Aczkolwiek wcale nie nudnej. Następnym punktem jest oczywiście Salar de Uyuni. Nie piszę o nim tutaj, gdyż to wyjątkowe miejsce. Zasługuje na osobny post.

Samo Uyuni może nie ma muzeów i innych podobnych atrakcji, ale jest to bardzo przyjemna mieścina. Jak mieliście okazję przeczytać, stanowi przede wszystkim bazę wypadową i miejsce na bardzo fajne zakupy i odpoczynek, w jednej z dostępnych kawiarenek. Dlatego, jeśli kiedyś będziecie mieli okazję nocować w tym miejscu, polecam poznać je bliżej. Tutaj tętni prawdziwe życie Boliwijczyków. Gdzie turystyka dopiero wchodzi, dzięki czemu nie zdążyło jeszcze stracić na uroku.



Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza