wtorek, 22 maja 2018

SODOMA I GOMORA PO HINDUSKU. PIERWSZE WRAŻENIA. DELHI.


Hałas, śmieci, smog to wszystko wita przybywających do Indii podróżnych. Istna sodoma i gomora po hindusku. Jednak pod tą przykrywką chowają się prawdziwe skarby. Zacznijmy od skarbów i moich pierwszych wrażeń ze stolicy kraju, Delhi.

Delhi leży w północnej części Indii i należy bez wątpienia do najbardziej zaludnionych.



Zbliżając się do miasta da się zauważyć, że nic nie widać przez okna samolotu. Brzmi przewrotnie, ale tak było. Pilot miał niezłe wyzwanie do pokonania, aby wylądować bezpiecznie. Spalił przy tym chyba gumę od kół, bo czuć było zapach spalenizny.

Dlaczego nie było nic widać? Otóż mieliśmy okazję przekonać się, jak wielki smog potrafi tu występować. Połączenie warunków atmosferycznych z paleniem traw i zanieczyszczeniem to zabójcza mieszanka. Podobno można było to przyrównać do spalenia 50 papierosów w ciągu godziny. Generalnie w ogóle nie powinnyśmy przebywać na dworze.


Jedziemy zmęczeni do hotelu. Po drodze rzuca się w oczy wszędobylski ruch, hałas i niestety śmieci. Byłam gotowa na takie widoki, ale to nic w porównaniu, jak widzi się to na własne oczy.









Dosłownie każde auto, motoriksza trąbiło na siebie. Poza tym nie zawsze koniecznie jechali zgodnie z kierunkiem jazdy. Piesi przechodzili przez ulicę, gdzie chcieli. Istna sodoma i gomora, tak jak pisałam na początku. Niemniej kobiety ubrane w niezwykłe kolorowe sari przyciągały szczególną uwagę. Tylko jakoś nie rzucały się w oczy święte krowy. Jak się okazało nie zabraknie ich poza Delhi. Takie widoki i wrażenia zapewnią jedynie Indie.


Sam hotel, w którym potem śpimy nie był najgorszy. Pomimo zawirowań z pokojami. Gorsza była restauracja, jeśli w ogóle można ją tak nazwać.

Tak się złożyło, że akurat w czasie naszego przybycia obiad kończyła jakaś wycieczka szkolna i generalnie za dużo do jedzenia nie pozostało, w dodatku za czysto też nie było.

Rzecz jasna trzeba było cokolwiek zjeść, aby podczas zwiedzania nie paść. Na drugi dzień na szczęście trochę bardziej się postarali. Jednak wierzcie, kiedy przylatujesz zmęczony, to bardziej zwracasz uwagę na mankamenty. Trzeba się w końcu przestawić na daleko kulturowo od naszego kraj.

No dobrze przejdźmy do poznania tej osobliwej stolicy nieco bliżej.

MECZET JAMA MASJID


Udajemy się na początek do Meczetu Jama  Masjid. Na ulicy przed wzgórzem, gdzie on się znajduje, panuje niezłomny ruch. Ciężko odnaleźć jest się w tym harmidrze. Plecak trzymam blisko siebie w obrębie wzroku.

Do meczetu prowadzą schody. Na samej górze zdejmujemy buty i płacimy 300 rupii. W bramie zatrzymuje nas człowiek i wpycha na siłę płachty do okrycia, pomimo że mamy zakryte nogi po kostki i zakryte ramiona.


Bierzemy, bo inaczej nie zostałybyśmy wpuszczone. Niezdarnie narzucamy je na siebie. Wchodząc ukazuje nam się plac z miejscem do tzw. ablucji; czyli miejsca, gdzie wierni jakoby obmywają się z grzechów.


Całkiem ładny ten meczet, szkoda, że smog psuje widoki i oczywiście zdjęcia. Wchodzimy do kopuły i o dziwo jest tam tylko wąski korytarz. Z boku modli się wierna. Podłoga wyściełana jest dywanem.



Nie ma tam za wiele do oglądania, więc wychodzimy z powrotem na plac i chodzimy dookoła. Zaglądamy przez inną z bram, ale tam już wychodziło się na miasto.


Do reszty zdjęć ściągamy męczące i brudne płachty. Nikt nam nie zwraca uwagi, więc tak pozostajemy, aż do wyjścia. Generalnie szanuję zasady danej religii i ich miejsc kultu. Gdyby nie osłonięte, co trzeba na pewno bym jej nie zdejmowała, ale było inaczej, więc nie czułam się z tym źle.


Tuż przy schodach czekają riksze. Wsiadamy do wybranej i ruszamy na małe zwiedzanie okolicznych ulic, gdzie znajdują się sklepy i niewielkie targowiska. Czujemy na sobie bezpośredni "oddech" spalin i biedy. Zaczepiają nas też dzieci, co jest dość przykre. Wiem, jednak po lekturze "Lalki w ogniu" jak wygląda ten proceder. Niestety dzieci z tej gotówki, by nie skorzystały. Były bardzo natarczywe, ale w końcu nasz rikszarz je odgonił.


Przy okazji bębenki w uszach też wibrują od hałasu. Na pewno było to ciekawe doświadczenie. Jedziemy tymi uliczkami trochę szybko, staram się uchwycić najlepsze kadry i małpę, która skakała po dachu. Jednak nie do końca wyszły one, jak chciałam. Wyszły poruszone, poza wyjątkami. Jednak co w pamięci, to na pewno zostanie. Po zakończeniu przejażdżki dałyśmy mu, chyba 200 rupii. Ceną jednak się nie kierujcie, bo tam to bardzo indywidualna sprawa. Na dole macie oczywiście zdjęcia, ale może przy innej okazji pokażę Wam krótki filmik. Muszę jednak sprawdzić, czy nadaje się do pokazania.








RAJ GHAT

 


Następnym przystankiem było już oddalone od zgiełku miejsce kremacji Mahatmy Ghandiego, czyli Raj Ghat. Tej postaci nie trzeba przedstawiać.

Przechodzimy przez bramę tuż obok jego pomnika i idziemy ładną oraz zadbaną, jak na warunki hinduskie alejką. Skręcamy zaś na lewo. Miejsca czci nie widać od razu. Mamy na widoku niewielkie wzgórze i wchodząc na wprost do tunelu znajdziemy to miejsce kremacji.


Trzeba zdjąć buty, a że my zmęczone to stwierdzamy, że wystarczy, jak wejdziemy na ten pagórek i zobaczymy je z góry. Zdecydowanie to wystarczyło, nie czuję, abym coś na tym straciła. Ludzie w środku okrążają miejsce w ciszy.


Obchodzimy pagórek chyba w 5 minut i udajemy się spokojnie do wyjścia obserwując okolicę. Nieopodal hinduski siedzą pod drzewem, a inne dopiero co kierują się do tego miejsca.

Nie omieszkamy ich zatrzymać, bo wyglądają naprawdę zjawiskowo i robimy sobie zdjęcia. Nie mają nic przeciwko, wręcz odwrotnie.



MAUZOLEUM HUMAJUNA

 


Gdzie jedziemy dalej? Otóż jest jedno miejsce, które uznawane jest za pierwowzór Taj Mahal. Jest nim dokładnie Mauzoleum Humajuna.  

Ono również znajduje się daleko od centrum wśród zieleni. Idziemy ścieżką przez bramy, po bokach są też i inne. Mauzoleum to cały kompleks z murami. Docieramy do sadzawki, a tuż za nim na niewielkim wzgórzu wznosi się robiąca niezwykłe wrażenie budowla. Faktycznie; gdyby zestawiać ją z Taj Mahal to znalazłoby się wiele podobieństw.


Do grobowca, bo tym w końcu jest prowadzą strome schody. Na górze można się mu lepiej przyjrzeć. Jest kopuła i wnęki, gdzie usadowiono ażurowe kamienne okna. Obchodzimy mauzoleum dookoła, aż docieramy do wejścia. Mimo, iż sama budowla jest dość pokaźna wraz kopułą, to wnętrze jest skromne, zaciemnione i pustawe. Rzecz jasna nie brakuje grobów w pomieszczeniach o oktagonalnym kształcie. W głównym tuż nad kopułą znajduje się grobowiec Humajuna, natomiast w mniejszych miejsce spoczynku innych członków rodziny królewskiej.


Oglądając mauzoleum z zewnątrz zapomina się, czym jest naprawdę. Podziwia się kunszt budowniczych i czuje się w pewien sposób respekt.


BRAMA INDII 


Powoli kończmy dzień zwiedzania, jednakże nie zapominamy o Bramie Indii.


Znajduje się w sporym parku. W tym miejscu uwielbiają spotykać się mieszkańcy Delhi. Nie brakuje ludzi sprzedających jedzenie oraz drobnych zabawek dla najmłodszych. Zupełnie, jak na polskim festynie. Na samej górze bramy widnieje napis India Gate oraz słowa upamiętniające żołnierzy hinduskich poległych w czasie I wojnie światowej oraz na wojnie z Afganistanem. Bramę ufundował brytyjski książę w latach 20-tych XX wieku.




ŚWIĄTYNIA SIKHIJSKA

 


Czas mija i nawet nie wiem, kiedy robi się ciemno. Jednakże zatrzymujemy się na koniec, aby zobaczyć świątynię sikhijską Gurudwara Bangla Sahib. Jest niesamowita, pomimo że jest ciemno to widać złotą kopułę, a jej ściany pomalowane w kolorze białym.


Do tej świątyni może wejść każdy, gdyż sikhizm nie dzieli ludzi według wiary i jest przeciwny wojnom na tle religijnym. Dla nich nie ma znaczenia, czy ludzie modlą się do Boga, Allaha itd. Trzeba przestrzegać zasad takich, jak uczciwa praca, zakładanie odpowiedniego ubioru czy akceptowanie każdej religii.

O czym jednak warto pamiętać? To o zdjęciu butów w specjalnym pomieszczeniu i założeniu chusty na głowę. Można skorzystać z dostępnych u nich, ale nie dość, że pomarańczowe to jeszcze nie wiadomo, czy w ogóle je piorą po innych. Dlatego byłam przygotowana i miałam własną.

Znowu mamy schody, po drodze niektórzy myją nogi. My darujemy sobie tą przyjemność. Co prawda same schody też były trochę mokre, ale generalnie omijałam. Na samej górze mamy zadaszone wejście.

Wcześniej słyszymy, że w środku obowiązuje zakaz zdjęć, więc mogę Wam jedynie opisać, co działo się w środku. Generalnie ukazują się złote (podobno nie było to prawdziwe złoto) zdobienia, rodzaj ołtarzu; a po boku siedzieli kapłani odprawiający modły. Siadamy w miejscu wyściełanym dywanem. Nasłuchujemy i rozglądamy się dookoła. Siedzą też wierni i modlą się.

Obchodzimy wnętrze, a zaś wychodzimy tyłami. Znajduje się tam basen, ale dla mnie odpowiedniejszą nazwą jest raczej sztuczny akwen, gdzie wierni są obmywani, aby przyjąć wiarę.



Z tego, co pamiętam jest tam też ogromna kuchnia, gdzie każdy dostanie coś do jedzenia. Jednakże byliśmy już późno, więc nie miałam okazji tego niestety zobaczyć.

Tak kończymy dzień pełen wrażeń smakowo-wzrokowo-słuchowych.  Mogłabym jeszcze wspomnieć o Czerwonym Forcie i budynkach rządowych, ale zdążyliśmy zobaczyć je jedynie z zewnątrz. Dlatego też ominęłam je w relacji (mamy jeszcze Czerwony Fort w Agrze, o którym na pewno wspomnę w przyszłości).

Następne dni pozwalają przyzwyczaić się do tego zgiełku, śmieci i innego jedzenia. Dużo wrażeń, jak na jeden dzień. Zasypiam od razu. Następnego dnia opuszczamy Delhi i ruszamy w dalszą pełną wrażeń drogę.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza