wtorek, 26 września 2017

LAGUNY W BOLIWII. TAM, GDZIE RZĄDZI NATURA.


Do Boliwii trafiamy przekraczając granicę chilijsko- boliwijską. Tyle, że w pewnym sensie dzieli się na dwa etapy. Po co tam jedziemy? Byśmy mogli zobaczyć jedno z piękniejszych miejsc na Ziemi, laguny. Do miejsca, gdzie rządzi natura.

Na skraju San Pedro de Atacama czeka nas urząd graniczny w Chile. Zanim jednak otworzą go trzeba uzbroić się w cierpliwość, bo nie zawsze odbywa się punktualnie.


W oczekiwaniu na urzędnika towarzyszą nam bezdomne psy. Początkowo miałam pewne obawy, czy jakiś nie zaatakuje. Na szczęście tak nie było. Zapewne liczyły na jedzenie.

NA GRANICY

 


W końcu urząd się otworzył. Byśmy mogli się przeprawić trzeba było dać Panu kartkę, którą wcześniej dostaliśmy na granicy. Nie licząc paszportu, rzecz jasna. Chwila moment i mogliśmy jechać dalej.

Po przejechaniu pewnego odcinka (ok. 50 km) docieramy do niepozornej granicy boliwijskiej. Nie brakowało jeepów, w tym naszego. Budynek przypominał budkę wielkości powiedzmy pokoju, może dwóch.

Znowu postaliśmy w kolejce. Słyszałam, że celnicy potrafią mieć humory i oczekiwać małego dodatku w paszporcie, aby się przeprawić. Para przed nami w paszporcie miała już taki zadatek uszykowany. Stwierdziłam jednak, że w moim przypadku nie będzie potrzebny. Nie myliłam się.

Jeden celnik wpuszczał pojedynczo, zamykając uprzednio drzwi przed pozostałymi. Weszłam nieśmiało i podałam Panu przy biurku paszport i karteczkę z urzędu celnego Chile. Pan spojrzał uśmiechnął się rozbrajająco i zawadiacko wypowiadając jednocześnie moje imię po hiszpańsku "Catarina Polaca". Śmiać mi się chciało. Odparłam również z uśmiechem "Si seńor". To wystarczyło, oddał paszport z kartką wjazdową i wyszłam.

Po całej przeprawie przekąsiliśmy śniadanie na świeżym powietrzu. Strasznie wiało i mimo kurtki nie było mi za ciepło. Na pocieszenie w jeepie było już przyjemnie. Ruszyliśmy w kierunku Narodowemu Rezerwatowi Eduarda Avaroa

Czekała nas niezła trasa, w tym przejazd na wysokości 5 tysięcy metrów n.p.m. Liście koki, woda niezbędne. Cały dzień był intensywny, ale opiewający w cudowne widoki. Co prawda momentami brakowało mi tchu, wysokość pomimo stosowania się do zaleceń dawała nieco w kość.

CUDA NATURY

 


Najpierw dotarliśmy w pobliże Laguny Blanca. Z początku nie robiła na mnie jakiegoś szczególnego wrażenia. Dopiero po przejechaniu pewnego odcinka, w połączeniu ze wzniesieniami stworzyła niesamowity krajobraz. Wzgórza odbijały się w jej lustrze. Normalnie cudo.


 O dziwo była pokryta warstwą lodu, co nie zdarza się podobno często.

W dalszym odcinku leżała Laguna Verde. W zależności od wiatru i Słońca kolor był mniej lub bardziej intensywny. Zresztą mój ulubiony, turkusowy. W tle wybijał się wulkan Licancabur. Był znacznie bliżej niż wtedy, gdy byliśmy po stronie Chile.



Kolor samej laguny zawdzięczamy minerałom takim, jak boraks i miedź.


Robimy zdjęcia i napawamy się chwilę widokiem. Kiedy już się napatrzymy uciekamy do jeepa. Nie widać tego na zdjęciach, ale było naprawdę zimno. Co raczej do przewidzenia na wysokościach powyżej 4 tysięcy metrów n.p.m.

Mam wrażenie, że dzień tutaj ucieka mi przez palce. Zawsze tak jest, jak spędza się tak wspaniały i wyjątkowy czas.

Po drodze mamy szczęście natrafić na stadko wikunii. Przyglądały się nam z zaciekawieniem i poszły dalej.


Komu w drogę temu czas, my również ruszamy dalej. Kierując się na Pustynię Salvadora Dali


Nazwę zawdzięcza temu, że artysta odnalazłby się tutaj znakomicie. Obrazek iście surrealistyczny. Miałam okazję być w Muzeum Dalego w Figures (Hiszpania) i faktycznie widok przypadłby mu do gustu.

Po drodze zahaczamy jeszcze o Lagunę Bolsa. Mamy tutaj okazję pokontemplować, ale za wiele tutaj się nie dzieje.



Jak się okazuje tutaj też mamy gejzery. Mniej liczne, ale całkiem nieźle dają o sobie znać.


W następnej kolejności widzimy Lagunę Colorada o czerwonym, czy też amarantowym kolorze. Zawdzięcza to arsenikowi. Tak samo, jak w przypadku Laguny Verde i tutaj kolor widać przy odpowiednich warunkach. Z początku, gdy przybliżaliśmy się do niej, widok kiepsko się zapowiadał. Koloru nie było widać. Jednak wystarczyło jakieś 10 minut, a koloryt się poprawiał.


Dodatkową atrakcją były lamy w jej pobliżu, choć dość daleko oraz kilka sztuk flamingów, które na moich zdjęciach wyszły niemal jak kropki. Przybliżenie na aparacie nie dało niestety rady. Przydałby się w tym przypadku teleobiektyw.



Grupy, które odbywają w tym miejscu kilkudniowe programy mają okazję i przede wszystkim czas, aby zejść niżej i pobyć tam trochę dłużej. Przy jednodniowych przejazdach, jest trochę inaczej.

Jak się potem okazuje obiad mamy w schronisku całkiem niedaleko i możemy podelektować się jeszcze jej widokiem. Swoją drogą zajmuje całkiem sporą powierzchnię.

Tuż obok schroniska widzimy kilka lam. Wykorzystujemy to robiąc im mini sesję zdjęciową. W końcu widzimy je tak blisko i to w środowisku naturalnym. Naszym towarzystwem nie za bardzo się przejmują, ale nie przesadzamy i trzymamy pewną odległość.


Osoby chętne nocować, w tym miejscu muszą wiedzieć, że warunki są bardzo kiepskie i Europejczyk chyba nie jest gotowy na takie atrakcje. Brak ogrzewania, duża wysokość, sale wieloosobowe i jedna łazienka (nie będąc gośćmi płacimy 2 boliviano). Brzmi ciekawie. Gdybym miała spać tam tylko jedną noc, to w sumie jakoś bym przeżyła.

Kawałek od niego widzimy budynek, który chyba jest jakimś punktem widokowym. Nie idziemy do niego, ale kierujemy wzrok na lagunę, gdyż jest tam cała chmara flamingów. Wygląda to nierealnie. Po prostu prawdziwa natura.



Mogłabym tak patrzeć i patrzeć.

To nie koniec atrakcji. Następny w kolejce był Arbol de la Piedra. Formacja skalna w kształcie drzewa oraz inne nie mniej interesujące. Chciałam nawet wejść na szczyt jednej skały, jak inne osoby. Niestety choroba wysokościowa mnie pokonała. Byłam strasznie zła na siebie. Podeszłam już tak wysoko, ale mnie normalnie zatkało. Nie mogłam oddychać i do tego ten wiatr.



Odpuściłam, zdrowie ważniejsze.

Potem były inne laguny, w tym bodajże Laguna Humonida (mogę się mylić co do nazwy). Widzimy tutaj każdą z trzech odmian flaminga, czyli chilijskiego, James`a oraz andyjskiego. Sama w sobie laguna szału nie robi, ale może dlatego, że ma niezłe konkurentki.



Jechaliśmy dalej, aż powoli zaczęliśmy wyjeżdżać z rezerwatu. Okolica się zmieniała, wysokość też i pojawiły się trawy. Zanim jednak rozpoczęliśmy naszą trasę do Uyuni; zatrzymujemy się na chwilę w okolicy podobno przypominającej Kapadocję. Trudno mi potwierdzić, bo nie widziałam jej na własne oczy. Tak czy owak widok nie był najgorszy.


Zmęczona, ale szczęśliwa patrzę na świat zza okien. Żałuję, że ten dzień dobiegł końca. Co się zaczyna, w końcu też się kończy. Wiadomo.


Jeśli kiedykolwiek będziecie zastanawiać się, czy Boliwię i laguny warto zobaczyć, czy lepiej pominąć przypomnijcie sobie mój wpis i zdjęcia. To miejsce, jak i cała Boliwia była największą podróżniczą niespodzianką.

Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza