niedziela, 6 listopada 2016

KIEROWAŁAM TRATWĄ W TAJLANDII


Dzień bliskiego spotkania ze słoniami, to także ten, w którym miałam okazję pokierować prawdziwą tratwą. Jak to dokładnie wyglądało?


Przy "przystani" oczekiwaliśmy na przeznaczone dla nas tratwy. Międzyczasie widziałyśmy, jak ktoś inny korzysta z tej atrakcji. Obraz zamglonych lasów i płynąca wśród nich bezimienna rzeka wyglądał obiecująco.



Tratwa składała się z bambusowych łodyg złączonych ze sobą. W pierwszych chwilach budziła wątpliwości, ale jak się okazało niepotrzebnie. Bambus to szczególne drzewo, odporne na działanie wody.


Na tratwie dla turystów zorganizowano siedzenia, byśmy nie musieli siedzieć bezpośrednio na łodygach.

Kierującym był młody uśmiechnięty Taj, około 20-tki. Do kierowania tratwą użył cienkiego bambusowego kija. No i popłynęliśmy. Było bardzo sielsko, nurt był spokojny.


Obserwowaliśmy lasy, przy okazji mijając nasz ośrodek dla słoni; a dalej jeszcze inny. Nieopodal rzeki 3 młode słonie jadły trawę w obecności swoich opiekunów, a bliżej tego drugiego ośrodka w oddali te już większe osobniki.


Międzyczasie nasz "kapitan" gestem zapytał, czy chcę spróbować pokierować tratwą. Bez żadnych wątpliwości kiwnęłam głową i ostrożnie wstałam. Dostałam kij do ręki i w drogę. Powiem Wam, że to wcale nie takie łatwe. Omal nie trafiłam w inną tratwę. Chłopak się tylko zaśmiał i zbytnio się tym nie przejął. Po chwili przejął dowodzenie, a ja zasiadłam na miejsce i delektowałam się widokami.


Żałowałam, że spływ tratwą tak szybko dobiegł końca. Mimo, że trwało to jakąś godzinę. Jednak w takich okolicznościach przyrody, sami nie mielibyście dość. Takie sympatyczne doświadczenie mnie spotkało. Gdybyście także mieli taką okazję, to nie odmówcie sobie tej przyjemności.


Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza