niedziela, 8 maja 2016

ZACZNIJMY OD PORTO...


Ostatnio zgłębiałam część praktyczną związaną z podróżowaniem po Portugalii oraz co można tam zjeść. Dzisiaj z kolei chciałabym rozpocząć szereg wpisów związanych ze zwiedzaniem tego pięknego kraju.

Zacznijmy zatem od Porto, niezwykłego miasta na północy kraju. Tak, jak wspominałam byłam tutaj dwa razy, więc postaram się połączyć moje refleksje. Skupiając się bardziej na tym czego doświadczyłam, będąc tam na własną rękę.

Miasto znajduje się u ujścia rzeki Duero, co powoduje że jest ono niezwykle malownicze.

Jednakże zanim przejdziemy do odkrywania uroków Porto. W ramach takiego wstępu mała relacja z pierwszych chwil po przylocie, które wspominam z uśmiechem.

CO TO BYŁ ZA BÓL

 


Otóż nasz przylot opiewał w niezbyt przyjemne minuty spowodowane przez jakąś silną różnicę ciśnień. Ból uszów był wręcz nie do wytrzymania a moją kumpelę wręcz ogłuszyło . Latałam nie raz, ale takie bólu jeszcze nie miałam.

Na dodatek było późno i miałyśmy tylko nadzieję, że zdążymy na ostatnie metro odjeżdżające spod lotniska. Przedtem należało zakupić odpowiedni bilet, w czym na szczęście ktoś pomógł.

PRZYGODY Z NOCLEGIEM

 


Udało się. Pozostało jedynie wysiąść i pokierować się zgodnie z instrukcjami naszego gospodarza. W zasadzie miał być nim ktoś inny, ale w Brukseli odczytałyśmy wiadomość, że nie może nas przyjąć.

Jak się okazało z przyczyn rodzinnych, choć na początku myślałyśmy, że zostawił nas na lodzie i będziemy spać na lotnisku.

Jako, że korzystałyśmy z Couchsurfingu istniała możliwość wysłania alertu, za pomocą którego poprosiłyśmy o noclegowy ratunek. Odezwał się ambasador Couchsurfingu. Niestety brak było zdjęcia i nie wiedziałyśmy, jak wygląda, ale napisał adres i sposób dojazdu. Kierowałyśmy się opiniami i tym, że był głównym przedstawicielem portalu w Porto. Dlatego byłyśmy spokojne.

CO MA WSPÓLNEGO ŚWIĘTY MIKOŁAJ Z NASZYM GOSPODARZEM

Pomijając to po dojechaniu metrem próbowałyśmy zorientować się w numeracji budynków, co z racji późnej pory nie było łatwe. I tak krążyłyśmy chwilę raz w jedną stronę i raz w drugą. W pewnym momencie jakiś dziadek zaczął na nas gwizdać i wzięłyśmy go za jakiegoś wariata. Po chwili nas zawołał; chyba po imieniu, nie pamiętam dokładnie i wtem zaczęłyśmy się śmiać. Bo ten wariat okazał się naszym gospodarzem.

Jak widać czasem pierwsze wrażenie potrafi być mylne.

Co prawda facet był trochę zakręcony i w dodatku wyglądał, jak święty Mikołaj, ale uratował nam skórę, przyjmując pod swój dach. Pokazałabym Wam jego zdjęcie, ale nie mam obecnie możliwości spytania się go o zgodę. A skoro na stronie portalu go nie zamieszczał to o czymś to świadczy.

Jego mieszkanko było niewielkie, skromne, ale czyste. W pierwszym pomieszczeniu miał flagi i inne gadgety podarowane mu przez innych podróżujących. Mogłyśmy korzystać z kuchni, łazienki a w drugim pomieszczeniu było przygotowane dla nas posłanie.

Należało być cicho, ponieważ spało tam już kilkoro ludzi.

Dostałyśmy nawet propozycję zjedzenia śniadania z nim i z resztą dnia następnego na mieście. Jednak zależało nam na czasie, aby jak najwięcej zobaczyć, więc umówiłyśmy się z nim na kolację.

Nie zwlekając dłużej szybko udałyśmy się spać pomimo problemów z uszami.

W końcu nazajutrz czekał nas długi ekscytujący dzień, bo nie mogłyśmy pozwolić sobie z racji napiętego planu pozostać dłużej.

Jak się okazało dałyśmy radę zobaczyć wszystko,co najbardziej chciałyśmy bez bieganiny i używając do tego jedynie naszych nóg.

Jednakże o tym, jak spędziłyśmy ten dzień, co zobaczyłyśmy i kogo poznałyśmy dowiecie się w następnym poście.



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz